W Santiago

W Santiago znalazłam się w sposób niespodziewany…
Tak czasem bywa z osiąganiem celów.
„To nie droga jest celem, ale cel jest drogą” – tak wyczytałam na jednym z blogów o Camino.

W Monte del Gozo warto się zatrzymać, jakoś dobrze być wśród swoich. Zasada jest jednak taka, że można tu być maksymalnie 3 noce. Udaje mi się przenieść do mniejszego pomieszczenia, dla 4 osób, na pewno łatwiej będzie się wyspać. Zbieram się na autobus, trzeba przejść kawałek do przystanku.
Dojeżdżam, zmierzam do katedry. Odnajduję kaplicę z Najświętszym Sakramentem. Myślę o tym, że Bóg nie jest księgowym, a ja ciągle próbuję zasłużyć na JEGO MIŁOŚĆ. Po rozwodzie ciągle nie umiem płakać, ale w duszy ciekną mi łzy. To ja sama stawiam sobie tak dużo wymagań, a Bóg kocha mnie bezinteresownie…
O godzinie 12.00 jest Msza św. przy głównym ołtarzu, dla wielu turystów największą atrakcją jest FUMERIO czyli wielka kadzielnica.

Do jej uruchomienia potrzeba kilku mężczyzn. Ponoć w średniowieczu była używana z bardzo prozaicznej przyczyny – pielgrzymi przebywający w katedrze bardzo śmierdzieli i zapach kadzidła niwelował ten smród.
Po Mszy św. wychodzę przed katedrę, ciągle nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Wstępuję na kawę, rozkoszuję się atmosferą miasta. Jest weekend, duża kolejka po compostelę, decyduję, że odbiorę ją w późniejszym terminie. Gdy błądzę uliczkami Santiago ktoś nagle krzyczy za mną: -Bonjour, bonjour. -Jestem prawie pewna, że kobieta mnie z kimś myli.- Ja cię znam, jesteś Polką.- Hm więc, chyba jednak musiałyśmy się spotkać. Jak przez mgłę przypominam sobie starsze małżeństwo, które spotkałam na jednym z postojów, kłócili się o jakąś głupotę. Kobieta zapytała mnie wówczas:- Tu est toute soul ? (Jesteś całkiem sama?), – non Jesus est toujour avec moi (nie Jezus jest zawsze ze mną)- odpowiedziałam. Ty wiesz- rzecze ta kobieta- ja tego zdania nie mogłam zapomnieć, przez cała drogę, słyszałam je ciągle w mojej głowie: Jezus jest zawsze ze mną, Jezus jest zawsze ze mną….. -Ewidentnie Duch św. się mną posłużył.
Wieczorem znów ląduję w Monte del Gozo. Dowiaduję się, że można tu wydrukować karty pokładowe. Postanawiam się odprawić. Do komputera jest dość duża kolejka, grzecznie czekam. Postanawiam też sprawdzić autobusy do Finistiery, na koniec świata, skąd kiedyś pielgrzymi przywozili muszle i to był rodzaj Composteli. Młody mężczyzna, który też czeka w kolejce uprzejmie rozpoczyna rozmowę. Po chwili proponuje, że przepuści mnie w kolejce. Ten miły gest sprawia, że robi się sympatycznie. Pytam, czy później w kuchni wypijemy razem herbatę. Nie mamy cukru, ja mam jakieś ostatnie dwie saszetki czarnej herbaty, która w towarzystwie bardzo smakuje. Zresztą wieczorem jest zimno i herbata rozgrzewa i daje jakąś namiastkę prywatności; Grzegorz, bo tak ma na imię, mówi, że jutro wyrusza pieszo do Finistiery. Zamierza również pieszo pójść do Muxi.- Może się spotkamy, bo ja też się tam wybieram – opowiadam-, ale cel mojej pielgrzymki został osiągnięty w Santiago. Ja do Finistiery pojadę autobusem. Wymieniamy się telefonami. Gdy leżę już na posłaniu wzdycham do Boga: powierz Panu swą drogę a On sam będzie działał….

2 myśli w temacie “W Santiago”

  1. MM dziękuję.
    Też nie umiem płakać po różnych trudnych dla mnie wydarzeniach …
    Wciąż trzeba sobie jednak przypominać, jak słusznie zauważasz, ” że Bóg nie jest księgowym” i kochał i nadal kocha Ciebie i mnie, i Ciebie, która/który to czytasz tak samo mocno. Powierz Panu swą drogę nie tylko dzisiaj ….

  2. Dzielne: Mario Magdaleno, Ann, Niewiasty o słonecznych Sercach – zgadzam się … powierz Panu swą drogę…/tylko tak ♡
    Każdy dzień – to początek wspaniałej drogi z Panem Bogiem, Maryją, Aniołami i innymi:)
    Buen camino 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *