W drodze do Santiago de Compostela – gdy brak jednego DUCHA.

Jak wspominałam, z Rose teoretycznie powinnyśmy być super kumpelkami, jesteśmy w podobnym wieku, mamy podobny status społeczny, nie ma bariery językowej. Rose jest kulturalną osobą i wszystko powinno być super. Coś jednak nie gra…Rose duchowo bardzo mnie męczy, informuje mnie, że cel jej wędrówki jest turystyczny. Nie modlimy się więc razem. Co więcej Rose chce cały czas ze mną rozmawiać, a ja potrzebuję też czasu na skupienie i na modlitwę – odmawiam wszak nowennę pompejańską. Rano oszczędzam Rose śpiewania godzinek, ale wspominam, że chcę zaśpiewać jedną pieśń, słyszę suche „OK”. Śpiewam: „Kiedy ranne stają zorze”. Potem Rose pyta o czym to było: wielbię Boga z rana, wraz z wszystkimi żywiołami za to, że pozwolił mi wstać. Znów słyszę „OK.”. Raz na jakiś czas muszę przypominać Rose: „teraz nie będę z tobą rozmawiać, bo się modlę”. Rose mówi, że jestem najbardziej wierzącą osobą, jaką spotkała w życiu.

Są też miłe momenty. Rose na moją prośbę, uczy mnie trochę hiszpańskiego, proszę o zdanie: „Niech Bóg Cię błogosławi”. Mówi mi, że melodię do piosenki Kaczmarskiego „Mury”, napisał kataloński pieśniarz Lluísa Llacha. Po chwili śpiewamy już razem, każda w swoim języku. Rozmawiamy też o historii Hiszpanii.

Jednak po raz pierwszy zaczynam rozumieć, że gdy obecny jest Duch Pański, nie ma znaczenia wiek, środowisko, nic … Jego Duch sprawia, że czujemy jedno, Jego Duch nas jednoczy. Dlatego w towarzystwie Rose bardzo się męczę. Jej obecność w jakiś sposób sprawia, że zamykam się na innych ludzi. Przed nami najwyższy szczyt Camino Primitivo -Puerto del Palo (1145 m n.p.m.). Wspinamy się powoli. Szczyt jest owiany mgłami. Jest bardzo zimno i tajemniczo. Ja zakładam na siebie praktycznie wszystko, łącznie z moją pałatką od deszczu, cała się trzęsę. Rose robi zdjęcia. Mówię jej, że dla mnie na szczycie jest za zimno i chcę już schodzić, że spotkamy się niżej. Gdy schodzę powoli ze szczytu z kamiennej ścieżki dosłownie wyłaniają się jesienne krokusy. Wygląda to cudownie jakby z kamieni wyrastały kwiaty. Słyszę w sercu głos: To dla Ciebie. Myślę: jak trudną drogę ostatnio przeszłam w życiu, ale Pan i z kamiennej drogi może wyprowadzić kwiaty. W tym duchu schodzę niżej. Droga jest dość wąska, ma mur z kamieni z jednej i z drugiej strony. Widzę na tej drodze dwie krowy lub byki, w sumie tarasują przejście. Przed nimi stoi dwóch starszych mężczyzn. Zastanawiam się, będziemy tu tak stać, czy panowie czekają, aż przejdę pierwsza. Postanawiam po prostu iść, choć to pewnie niezbyt mądre. Okazuje się, że źle oceniłam mężczyzn; oni istotnie czekali na mnie, jak się zbliżę, ale aby mnie chronić. Gdy podchodzę, gonią bydło w dół, czuwają nad tym, aby zwierzęta nie zmieniły kierunku. Trochę niżej jest już ciepło. Dogania mnie Rose, dalej trasa jest spokojna. Spotykam Izaaka z grupą młodych ludzi. Rose informuje mnie, że nie wie, gdzie będzie spała tej nocy, być może w innym miejscu niż planowałyśmy pierwotnie, być może pójdzie do hotelu. Brzmi to tak, jakby chciała się ode mnie oddzielić. Izaak słyszy naszą rozmowę i mówi, abym została z nimi. Choć jestem gotowa, że drogi moje i Rose się rozejdą, nie chcę „obciążać” młodych swoim towarzystwem. Dochodzimy do pensjonatu. Rose akceptuje to miejsce. Idziemy więc razem do restauracji. Okazuje się, że jest tam mnóstwo znajomych z drogi. Wszyscy podchodzą do mnie, aby pozdrowić, zapytać, co u mnie. Rose jest wyraźnie zdziwiona, skąd znam tyle osób. Do knajpy wchodzą kolejni goście i znów okazują się znajomymi, radośnie zagadują do mnie. Rose krzywi się, jest chyba zazdrosna i zaczyna rozmowę z Hiszpanami przy barze. Po chwili siadamy razem do stołu, a jeden z panów znów zagaduje do mnie, jak do znajomej. „Czy spotkaliśmy się wcześniej” – pytam – tak wiele razy. Ja istotnie zawsze pozdrawiałam wszystkich mijanych pielgrzymów na drodze, ale nie byłam w stanie wszystkich zapamiętać. Może do Rose dotarło, że ludzi spotyka się śpiąc w albergach. Jedną z ciekawostek na drodze były szpitale dla pielgrzymów, które budowano w średniowieczu, niektórzy w nich umierali nie docierając do Santiago.

Najwyższy szczyt Camino Primitivo za nami, udało mi się przejść. „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

 

4 thoughts on “W drodze do Santiago de Compostela – gdy brak jednego DUCHA.”

  1. Cieszę się, że wróciłaś do pisania i kontynuujesz swoją wędrówkę. Na szlaku, jak i w życiu spotykamy różne osoby, niektóre nas męczą, z innymi dobrze się rozumiemy od pierwszego słowa. Czasem trudno określić, od czego to zależy. Czekam na kolejny wpis.

  2. Mario Magdaleno, Niewiasto o ufającym Sercu – masz rację – prośmy o Jednego Ducha dla wszystkich!

    Gratuluję Ci wyjścia na najwyższy szczyt Camino Primitivo – Puerto del Palo/dałaś radę

    Pozdrawiam optymistycznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *