W drodze do Santiago de Compostela- chyba przedostatnia stacja.

Ponoć każdy Hiszpan ma w planach choć raz w życiu pielgrzymować do Santiago. Można mieć w każdym razie takie wrażenie, jak wchodzi się na końcówkę trasy francuskiej. Autostrada ludzi… Jak odnaleźć się w tym tłumie, pozostać sobą i duszą być przy Bogu…
Ostatnie kilometry są istotnie dość męczące. Cały czas mijają mnie jakieś grupy; Hiszpanie, Amerykanie itd. Zatapiam się w swoich myślach… Z zamyślenia wyrywa mnie zabawny widok – dwa przytulające się kotki. Uświadamiam sobie jak bardzo tęsknię za swoimi pupilami. 

W pewnym momencie jest bardzo duży teren rekreacyjny, stoliki na zewnątrz, trawniki, restaurację. Tłum ludzi, ale myślę o tym, aby wypić kawę. Odchodzę trochę na ubocze, dostrzegam miejsce, gdzie nie ma ludzi i w tym momencie podfruwa pod moje stopy 10 euro. Dostaję kieszonkowe na kawę z góry? Radośnie maszeruję do budki z napojami. Po kawie wędruję dalej. Zdarzają się króciutkie odcinki, gdzie ludzi nie widać, ale trwa to tylko chwilę. W końcu widzę reklamę jedynej polskiej albergi na trasie – w Monte del Gozo. Trzeba zejść z trasy w dół. To już bardzo blisko Santiago, więc oprócz Polaków nikt tu się nie zatrzymuje. Wszystko jeszcze zamknięte. Czekam cierpliwie w ciszy, wolna od zgiełku. O wyznaczonej godzinie pojawiają się wolontariusze, melduję się, otrzymuję informację o noclegu, kuchni, posiłkach. Pytam o polskiego księdza, jest tu na placówce. Do Santiago chcę wkroczyć z czystym sercem, pytam więc o spowiedź św. Po jakimś czasie ksiądz pojawia się w kaplicy. Bierze mnie za skrupulantkę. Słyszę, że wzięłam na siebie za dużo wyrzeczeń w trakcie tej wędrówki, a Pan Bóg nie jest księgowym. Bóg jest MIŁOŚCIĄ. Jeżeli jesteś w trakcie rozwodu to pewnie miłości nie doświadczyłaś – mówi bez ogródek. Zaleca odwiedzić Najświętszy Sakrament, w katedrze jest kaplica adoracji i porozmawiać o tym z Jezusem, który jest samą miłością. Postanawiam, że do Santiago wejdę jutro. Dzwoni do mnie Ula poznana na trasie. Mówi, że jest już w Santiago i wieczorem umówiła się z Evą, proponuje, abym do nich dołączyła na kolację. Mówię, że może przyjadę dziś autobusem, a jutro oficjalnie wejdę, Ula odradza – Po prostu chodź, nie odbieraj sobie tej radości dojścia pieszo, to już niedaleko, dasz radę! Tak więc zostawiam swoje rzeczy już w alberdze i idę na spotkanie św. Jakuba w katedrze.
To rzeczywiście niedaleko, niedługo jestem na rogatkach miasta. Widzę tablicę z napisem Santiago. Pamiętam Marka Kamińskiego, który po przejściu 4000 km przytulił się do niej, ma takie zdjęcie. Ja też odczuwam ogromną radość i dumę. Mam przez moment wątpliwości, jak iść dalej. Za chwilę jednak widzę wieżę katedry i wąską uliczkę, która doprowadza mnie do celu. Na schodach czeka Ula. Ogromna radość, że doszłam do celu. Jest już koniec dnia i niewielu pielgrzymów czeka, aby uścisnąć głowę św. Jakuba. Ula przypomina, że to dobry moment, aby prosić świętego o wstawiennictwo. Potem jeszcze idziemy oddać cześć relikwiom. Wieczorem wspólnie idziemy do restauracji, która jak dość szybko się okazuje, przekracza trochę nasze możliwości finansowe; jemy więc tylko przystawki. Wieczorem rozchodzimy się, bo dziewczyny już mieszkają w Santiago, ja wracam autobusem do Monte del Gozo. W alberdze większość to Polacy, ale zdarzają się też osoby z zagranicy. W sali jest jakoś zimno, ale nie ma to znaczenia. Zasypiam w pełni szczęśliwa. Cel osiągnięty. Bogu niech będą dzięki!!!

5 myśli do „W drodze do Santiago de Compostela- chyba przedostatnia stacja.”

  1. Mario Magdaleno, Niewiasto o wytrwałym Sercu – wspaniale się pielgrzymuje/wędruje z Panem Bogiem, Maryją, Aniołami, Tobą i innymi ♡ … tak wiem, że to nie koniec … akcja drogi dalej trwa…
    Twoje wspomnienia a moje myśli – raz radosne innym razem refleksyjne – samo życie …
    Ciekawostka – pierwszy wpis „Drogi św. Jakuba” został umieszczony na stronie DN – 27 października 2016 r. – niezły kawałek czasu i km/dzięki 🙂

    Ja też jestem z Ciebie dumna ♡
    Dałaś radę!
    Santiago!

    Pozdrawiam z gratulacjami

    Buen Camino 🙂

  2. Droga Ireno i JP. Najbardziej zaskakujące dla mnie samej jest to, że doszłam tak niespodziewanie, niepozornnie. Planowałam wielkie wejście następnego dnia, a to wydarzyło się tak zwyczajnie, po cichu. Jezus tak przychodzi, zwyczajnie po cichu, tylko musimy być przygotowani. Ja się przygotowałam w sakramencie pokuty. W samym Santiago spotkało mnie wiele cudów. Czekajcie na ciąg dalszy opowieści. Z Bogiem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *